Kolejny miesiąc za nami, a to oznacza, że czas na ulubieńców! :)
W kwietniu nie było tego jakoś dużo, ale maj szykuje się bogatszy pod tym względem, gdyż testuję trochę nowych produktów.
W końcu przetestowałam tę osławioną odżywkę Nivea Long Repair i muszę przyznać, że warta jest wszelkich ochów i achów. Bardzo fajnie działa, ślicznie pachnie i zostawia włosy miękkie i sypkie, ale to pewnie za sprawą silikonów. Używam jej 1-2 razy w tygodniu, na zmianę z czymś bardziej odżywczym. Ważne jest tylko, by raz na jakiś czas oczyścić włosy z silikonów szamponem z sls (ja robię to raz na dwa tygodnie).
Jeśli chodzi o kolorówkę, to kwiecień był dla mnie miesiącem tanich drogeryjnych maskar.
Wibo Panoramic Lashes to jedna z nich. Świetnie się u mnie sprawdza, pogrubia, wydłuża i sprawia, że rzęsy mi nie 'opadają' w ciągu dnia. Jej recenzję i zdjęcia 'przed i po' znajdziecie tutaj.
W końcu udało mi się też wypróbować bazę pod cienie Urban Decay Primer Potion. Z jakiegoś nieznanego mi powodu moja baza Artdeco przestała na mnie działać, nie działa też baza z Paese.
Ta z UD się sprawdza, chociaż efektu spodziewałam się jeszcze lepszego. Niemniej jednak, jest to najlepszy tego typu produkt jaki do tej pory wypróbowałam. Szkoda tylko, że w Polsce nie są dostępne stacjonarnie.
Ponownie zakochałam się w bronzerze Flormar z duo P115.
Jak widać kocham go bardzo, w przeciwieństwie do różu, który jest dla mnie totalnym pudłem. Bronzer ma chłodny, jasny kolor i drobinki, których zazwyczaj unikam, ale o dziwo sprawdza się fajnie do podkreślania kości policzkowych.
Nie wyobrażam sobie teraz mojego makijażu bez pędzla z ELF. Jest to Blush Brush, wykonany z syntetycznego włosia, dość mały pędzel, ale to właśnie dzięki temu świetnie nadaje się do konturowania.
Jest to już mój drugi ukochany pędzel z ELF, zaraz obok pędzla do pudru, tego ściętego na prosto.
W pielęgnacji mojego ciała bardzo pomogły mi dwa produkty:
skoncentrowany krem do rąk Palmer's z masłem shea i wit.E, który pachnie bosko, super nawilża, nie klei się, a tubka jest tak poręczna, że na dłużej zagości w mojej torebce :)
oraz nowy Carmex z limonką, który znalazłam w Rossmannie. Jest to moja ulubiona marka pomadek ochronnych, dlatego lubię testować nowe wersje zapachowe. Mam jeszcze końcówkę wersji z jaśminem i zieloną herbatą, ale męczę się z nią, bo czuć tylko jaśmin, a nie zieloną herbatę. Najlepiej się u mnie sprawdzają właśnie te zamknięte w sztyfcie, a ukochanym zapachem EVER był ten z granatem, który kupiłam w Stanach. Teraz zadowolę się limonką, która jest fajnie orzeźwiająca na te cieplejsze miesiące.
I na koniec najlepsze.
Film, na który poszłam z koleżanką, bo miałyśmy ochotę iść do kina, a po prostu go grali o odpowiadającej nam godzinie. Nie miałam pojęcia o czym jest, ani kto w nim gra.
Po pierwsze, akcja filmu toczy się w Chicago, do którego mam wielki sentyment i jest jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi.
Po drugie, chyba większość aktorów tam ma brązowe oczy, a ja po prostu mam do nich słabość.
Po trzecie... Theo James.
I w tym momencie się zakochałam *co za tragizm i klasa, haha*.
Pozwolę sobie być przez sekundę powierzchowna i powiem, że ten facet jest tak przystojny, że aż nie wypada. Do tego ma świetne poczucie humoru i przyjemnie się go słucha podczas wywiadów (brytyjski akcent... ;)).
Na filmie byłam już dwa razy. I przeczytałam dwie części trylogii. Czy muszę dodać coś jeszcze? :D
Naprawdę polecam, bo film się fajnie ogląda, plus jest tam kilka kawałków Ellie Goulding, którą ubóstwiam, włączając piosenkę flagową filmu, Beating Heart:
To na tym skończę, chociaż mogłabym jeszcze pisać i pisać....
Dajcie znać, co Wy ulubiliście sobie w zeszłym miesiącu, no i koniecznie napiszcie, jeśli wypróbujecie coś z mojej listy :)
Czas biegnie nieubłaganie i nie wiadomo kiedy sesja dopadła biednych studentów. Jednak ja się nie daję, czas na przyjemności też musi się znaleźć :) Tak więc dziś przedstawiam Wam moich ulubieńców stycznia:
Nie robiłam jako takich postanowień noworocznych, ale kilka rzeczy sobie obiecałam, między innymi to, że bardziej będę dbać o skórę i skupię się na kosmetykach pielęgnacyjnych bardziej niż na makijażowych.
Już od jakiegoś czasu przerzuciłam się na kosmetyki z lepszymi składami. Jednak mój kompan trądzik nie chce mnie w dalszym ciągu opuścić, chyba ze względu na wieloletnią zażyłość haha. Zaczęłam więc używać maści Epiduo od dermatologa, która niemiłosiernie wysusza i złuszcza skórę. Dlatego zaopatrzyłam się w kojące i nawilżające produkty:
woda termalna Uriage
krem nawilżający Corine de Farme
serum nawadniające Dermedic Hydrain3 Hialuro
Ta kombinacja zdecydowanie zmniejszyła wysuszenie skóry, chociaż oczywiście nie do końca. Jednak wszystkie kosmetyki bardzo polubiłam i kupię ponownie. Krem (ok.15zł) i serum (ok. 30zł) dostępne są w Hebe, woda Uriage w aptekach i chyba również w SP.
Zostając przy tematyce twarzy to coś, co mi bardzo pomaga w dni kiedy moja twarz wygląda jak pole minowe to:
podkład Vichy Dermablend
Mam najjaśniejszy kolor, który na szczęście nie jest różowy. Zakrywa WSZYSTKO. Może nie matuje jakoś zabójczo, ale i tak wielki szacunek za to, że mogę się czuć w miarę pewna siebie kiedy moja skóra nie prezentuje się najlepiej. I to bez efektu maski! Wybaczam mu nawet opakowanie, z którego wylewa się za dużo produktu. I pomimo wysokiej ceny (ok. 85zł w aptekach) kupię go ponownie, bo ratuje mnie ze skórnych opresji.
Przekonałam się też do podkreślania brwi, a to za sprawą
żelu do brwi Catrice
Jest chyba tylko jeden kolor, ale za to idealnie mi pasuje. Nie jest rudy, nie jest za ciemny. I brwi przez cały dzień 'siedzą' w jednym miejscu. Lubię bardzo!
(dostępny w szafach Catrice za ok. 15zł)
Moimi włosami zajął się w ubiegłym miesiącu
szampon Yves Rocher z malwą dodający objętości
i bardzo korzystnie na nie wpłynął. Włosy są doczyszczone, błyszczące i lejące. Jest wydajny, kosztuje 11,90 i już mam kolejne opakowanie, tym razem z owsem. Duży plus za składy!
Ostatnie w kategorii pielęgnacji są:
krem do stóp Fuss Wohl z łojem jelenia
regenerujący krem do rąk Be Beauty
Takich ulubieńców najbardziej lubię - szeroko dostępnych i na każdą kieszeń, dodatkowo jakoś nie spodziewałabym się po nich niczego specjalnego, gdybym je zobaczyła na półce sklepowej, jednak polecane były na kanale Agnieszki nissiax83. Fajnie pielęgnują i zmiękczają przesuszoną zimnem skórę. Oba za ok. 5zł (dostępne kolejno w Rossmannie i Biedronce).
DODATKOWO
niekosmetycznie
woski Yankee Candle
Są moim hitem od kilku już miesięcy. Umilają mi długie zimne wieczory, kiedy to nawet nie chce się wychodzić z domu. Oczywiście moje ulubione zapachy to te 'męskie', nr 1 to zdecydowanie Beach Wood. Jeśli ktoś woli zapachy słodsze lub bardziej kwiatowe to też z pewnością coś dla siebie znajdzie. W Krakowie można sobie 'wywąchać' różne opcje w ich sklepie przy ul. Miodowej.
Cena to ok. 6-7zł za sztukę i wystarcza na kilka dobrych paleń. Jest to świetna opcja, jeśli tak jak ja nie wyobrażacie sobie wydać 60zł na świeczkę.
A jak już siedzę sobie wieczorami w moim ciepłym pokoju (pachnącym przystojnym facetem haha), to lubię wypić coś ciepłego. I w styczniu trafiłam na...
herbatę Big-Active cytryna&mango
...a teraz kończę już drugie opakowanie. Skusiło mnie w niej głównie mango, na którego punkcie od zawsze mam obsesję. Ja dodatkowo dodaję łyżeczkę miodu i wypijam tą kombinację nałogowo. Mam tylko nadzieję, że nie jest to limitowana edycja i mi ją zabiorą... Byłoby smutno.
Dostępna na pewno w Auchan (ok. 5zł) oraz w Polo Markecie (teraz po 4,29zł).
Spróbujcie!
To chyba na tyle, dajcie znać co Wam umila zimę i jakich odkryć kosmetycznych dokonaliście w styczniu.
Ja ze swojej strony życzę, by luty był bardzo udany i by wszyscy studenci zdali sesję.